Polowanie

Legendarny realizator Al Schmitt słynął z tego, że nie używał kompresji ani korekcji barwy. No, może 1–2 dB tłumienia na ścieżce wokalnej przy użyciu Fairchilda 670. Twierdził, że najlepszy dźwięk to ten, który wychodzi prosto z mikrofonu. Jeśli coś mu nie pasowało w barwie — nie sięgał po EQ, tylko po inny mikrofon. W jego podejściu to właśnie mikrofon był pierwszym „procesorem” brzmienia. Dobierając go do źródła, można było nie tylko zarejestrować dźwięk, ale też ukształtować jego charakter — uchwycić to, co najpiękniejsze w głosie lub instrumencie.
Ta filozofia prostoty — szukania brzmienia u źródła — przetrwała dekady i wciąż inspiruje.

W świecie realizacji dźwięku istnieje prawdziwa fascynacja mikrofonami. Dla jednych są trofeami, dla innych – elementem studyjnej palety narzędziowej. Niektórzy zbierają je jak eksponaty, inni traktują jak narzędzia codziennego użytku. Stare mikrofony potrafią kosztować nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych i często stają się inwestycją, której wartość z czasem tylko rośnie.

Jedną z osób znanych z kolekcjonowania mikrofonów jest Sylvia Massy – realizatorka i producentka, która w swoich sesjach często używa nietypowe przedmioty i zapomniane mikrofony, tworząc z nich niepowtarzalne brzmienia. I to ciekawe – takie mikrofony często zyskują popularność dopiero wtedy, gdy pojawią się w nagraniach znanych artystów lub w filmach dokumentujących ich pracę. Wystarczy jedno nagranie, by cały świat zaczął ich szukać.

Lubię kupić nieznany mikrofon i odkryć jego brzmienie. Taki mikrofon zazwyczaj nie jest drogi, więc jeśli okaże się przeciętny — traktuję go jako mikrofon efektowy. Z czasem i tak stanie się bohaterem jakiegoś nagrania. Do tej pory największym moim odkryciem jest Uher M534 – mikrofon, na który trafiłem przypadkiem, przeglądając aukcje na OLX. Był tani, niepozorny, nie ryzykowałem długo i kupiłem. Sprawdziłem go podczas nagrań, zbierając sygnał z paczki gitarowej i nagrywając bliskie ujęcie werbla – świetny. Spokojnie może konkurować z klasykami pokroju Shure SM57, a kosztuje ułamek jego ceny. Ostatnio testowany na saksofonie okazał się „ciepły i piaskowy”. Na razie mam trzy egzemplarze i kupię kolejny tylko wtedy, jeśli cena będzie po prostu niemożliwa do odrzucenia.

Marka Uher już nie istnieje. Powstała w Monachium w 1934 roku i przez kolejne dekady zasłynęła głównie z produkcji magnetofonów reporterskich. Najbardziej znanym modelem był Uher Report 4000. Według niektórych źródeł właśnie ten model pojawił się w jednym z filmów o Jamesie Bondzie. Uher często opierał swoje projekty mikrofonów na rozwiązaniach AKG i Sennheisera, współpracując z tymi markami lub bazując na ich komponentach. Dlatego też intensywnie rozglądam się za modelami Uher M537 i M539, które posiadają złącze Tuchel na kabel mikrofonowy i są opisywane jako brzmieniowo bardzo zbliżone do legendarnego Sennheisera MD421.

Na stronie OldMics.pl znajduje się archiwum starych, nietypowych mikrofonów. Właściciel gromadzi i opisuje dziesiątki modeli, dokumentując historię sprzętu, który często został już zapomniany. To dobre miejsce, by rozpocząć poszukiwania perełek tam, gdzie nikt już nie zagląda. Czas zacząć polowanie. 😉

Docc